czwartek, 20 listopada 2014

Let me begin


Chyba wszystkim znana piosenka... i co najważniejsze jesteśmy z tego samego rocznika :)
Tak zaczynam moją autobiografię, piosenką, która po dziś dzień jest jedną z moich ulubionych, oddaje  ona mój charakter ... co by się nie stało- przedstawienia musi trwać. Nie raz dopadały mnie chwile zwątpienia czy to co robię ma jakikolwiek sens, ale patrząc z perspektywy czasu, nie byłabym teraz w miejscu w którym się obecnie znajduję

Nie myślałam, że tak ciężko będzie mi napisać autobiografię. Historia moich urodzin jest do dnia dzisiejszego moją ulubioną, ponieważ chociaż tego nie pamiętam to już od początku zapowiadało mi ciekawe życie. W momencie, kiedy moja mama była wieziona w nocy pomarańczowym maluchem do szpitala przez mojego tatę, okazało się, że lampy w samochodzie są zepsute. Na nieszczęście i na szczęście moje, ojciec został zatrzymany przez policję (zaznaczam, że moja mama była już w chwili porodu). Policjant podszedł do samochodu spokojnym krokiem i zobaczył, że kierowca jest lekko zdenerwowany, a zaraz po chwili zobaczył na tylnym siedzeniu moją mamę w dość niekomfortowym położeniu. Panów policjantów musiał dość agresywnie zadziwić fakt takiego obrazka w nocy. zaraz jednak wykazali się dobrym wychowaniem i zaproponowali, że będą eskortować "porodową wycieczkę" na sygnale pod sam szpital i tak też się stało. Co spowodowało, że cały szpital  "został postawiony na nogi" specjalnie dla mnie :), na szczęście tato nie dostał mandatu, a dodatkowo został ostrzeżony, którędy ma wracać. A i tak zrobiłam wszystkim na złość, bo po tylu emocjach musiałam się jeszcze wyspać i świta zobaczyłam dopiero rano. I tak to się zaczął pierwszy dzień w moim życiu.

Codziennie póki co budzę się w Kleosinie, tu spędziłam najlepsze i również te najgorsze dni, Jestem z tego rocznika dzieci, które pamiętają jeszcze takie zabawy, które spędzało się na podwórku, a najgorszą karą dla dziecka było zostanie w domu. Wyglądając nieraz za okno wciąż przebiegają mi przed oczami chwile beztroskości na placu zabaw, teraz mam tu w zamian za to kolorowy parking. Cała moją niepohamowaną chęć edukacji do skończenia gimnazjum spędziłam w tym moim zakątku później musiałam wyemigrować do Liceum w Białymstoku. Kleosin to mała miejscowość, wszyscy się tu dobrze znają, każdy z każdym zagada bo tak trzeba. Tak naprawdę Kleosin to wieś i nie ma co owijać w bawełnę mieszkam w ekskluzywnej wsi z Politechniką za ścianą, a za drugą ścianą mam kleosińskie centrum handlowe. Nie narzekam na taki obraz moje rzeczywistości, bardzo lubię to moje miejsce na tym świecie. Sąsiad mijany w biegu uśmiechnie się na dobry początek dnia, panowie rozpoczynają swoje debaty w miejscowym "ośrodku spędzania wolnego czasu", panie wymieniają najnowsze fakty z kraju i ze świata pod warzywniakiem, czego chcieć więcej. Zawsze zazdrosna byłam o bilety miesięczne koleżanek z klasy i ja się w końcu doczekałam, mojego pierwszego razu z biletem miesięcznym, później już tylko wspominałam jak to musiałam przejść tylko przez ulicę by znaleźć się moim centrum edukacji. Licealistką byłam "dobrą" uczyłam się, brałam udział w apelach, tańczyłam na studniówce, wszystko jak należy. Jako nastolatka miałam w sobie nie burze hormonów lecz istny tajfun, do dziś mama wspomina to jako "szczęśliwy już okres za nią", a ja tam z chęcią bym się cofnęła w okres paranoi buntowniczej. Okres Liceum nie był jakoś specjalnie inny od reszty nastolatków w tym wieku, nauka, nauka i... jeszcze raz nauka, no bo przecież- wieczne zdanie mojej polonistyki- i tak nie zdamy matury :) A jednak jakoś się udało przejść przez klucz odpowiedzi do następnego levelu. 
Przyszła więc pora zastanowić się jak ułożyć sobie studenckie życie. Czy iść na Politechnikę i zostać inżynierem? Czy lepiej iść na Uniwersytet i kształcić się na humanistę. Decyzja była prosta gdy popatrzyłam na moje oceny końcowe, lepsze oceny miałam z przedmiotów humanistycznych więc decyzja teraz jakie dokładnie kierunki mnie interesują. Początkowo złożyłam na Pedagogikę i Filologię, hm... trochę mało, a co jak się nie dostanę na żaden, no więc awaryjnie zachęcona dziwną nazwą zgłosiłam się socjologa. Pomyślałam sobie "no trudno będzie co ma być" i dostałam się na Socjologię i tak to już jest, za mną 4 lata, przede mną magister. Studia ciekawe jak również sama nazwa- w każdym razie nie było nudno, otworzyły mnie na wiele spraw, do których wcześniej nie przywiązywałam uwagi. Poznałam tu mnóstwo abstrakcyjnych ludzi, zmieniających mój sposób na bycie. 
Podsumowując mam za sobą zdane egzaminy z edukacji, monumentalne zbaczenia życiowe, wspinaczki po drzewach, dwa Woodstocki, kilkaset kontuzji życiowych i zdrowotnych- tyle samo wizyt najlepszego lekarza w postaci mamy, milion uśmiechów, niepoliczenie wiele wykłócania się o moją rację i przede wszystkim świadomości, że całe to dobro które, które mam na liście do zrobienia jeszcze przede mną, a lista długa. 
Tyle jeszcze przede mną do zrobienia- mam czas w końcu przeżyłam dopiero ułamek sekundy :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz